Poród w czasach zarazy. Dziennik

10 marca

Stało się. Jestem w szpitalu. Wczoraj ciśnienie znów niebezpiecznie poszybowało w górę i postanowiliśmy nie czekać do rana. Złapaliśmy walizkę z rzeczami do porodu (nieco już zakurzoną) i pojechaliśmy na IP. Tam dowiedziałam się, że nie ma wyjścia i muszę zostać – stan przedrzucowkowy nie śpi.  Przed północą zamknęły się za mną drzwi oddziału patologii ciąży. Za nimi zostawiłam wzruszonego i chyba trochę przestraszonego D. (już tęsknię!) i zdezorientowaną M., która przyjechała, żeby podtrzymywać mnie na duchu na ostatniej prostej przed porodem (kochana!).

Indukcja będzie najpewniej w piątek, co oznacza, że urodzę Lwa najpóźniej w sobotę rano. Tak przynajmniej stwierdziła dr T., zaglądając mi między nogi w asyście, jeżeli dobrze policzyłam, 6 osób!

12 marca

„Nuuudzę się, gdyby chociaż jakiś dynamit, by rozerwaaać się…”.  Ostatnie dwa dni ciągną się w nieskończoność. Spokojnie (haha, jasne) czekam na swoją kolej. W „wolnych” chwilach czytam, tańczę i gadam o życiu z dziewczynami z sali. Moje tańce wzbudzają spore zainteresowanie. Tańczę ja, nóżką nieśmiało ruszają już dziewczyny z sali i pani salowa. Śmiejemy się. Jest doooobrze. Jedyne czym się martwię, to to, czy porody rodzinne będą jeszcze możliwe. Oby!

Dziewczyny sprawdzają w internetach sytuację z koronowirsuem. Ja postanowiłam się nie nakręcać. Wystarczy mi to, że na oddziale jest dziewczyna, z podejrzeniem covida.

11 marca

Jeszcze tylko jeden dzień i…rodzę! Synku, syneczku, niedługo się już zobaczymy! Teraz tylko muszę popytać, jak to wszystko będzie wyglądać. Niech no tylko przyjdzie ta wizyta! (I śniadanie! Umieram z głodu!)

* * *

Jesteśmy już po wizycie. Profesor jeszcze raz potwierdził termin indukcji Jutro rodzimy! Nie mogę uwierzyć, że to już!

12 marca

Za drzwiami niezwykłe poruszenie. Pielęgniarki biegają po korytarzu. Lekarze rozmawiają podniesionym głosem. Właśnie wpadła do nas jedna z położnych. Pod pachą miała swoją torebkę i kurtkę. „Proszę natychmiast się spakować! Zamykamy oddział! Będą panie przewożone do innych szpitali!”…Że co?!

* * *

Próbuję dodzwonić się do D. Nie odbiera. Boję się o Lwa. Boję się o nas. Trzęsą mi się ręce. Czuję, że zaczyna brakować mi tchu. Próbuję poupychać swoje rzeczy do walizki, ale jest tego za dużo. Nikt nie chce nam nic powiedzieć. Dziewczyny sprawdzają informacje w sieci. Nie ma żadnych wiadomości oprócz tego, że rośnie liczba zakażonych i że…obok naszego szpitala była dzisiaj strzelanina i pościg! Cały czas próbuję dodzwonić się do D. Bezskutecznie. Czuję jak rośnie mi ciśnienie, a serce wali jak szalone. Muszę być spokojna. Dla siebie, dla synka.

* * *

Na oddziale jestem już tylko ja i dziewczyna, która wypisała się na własne żądanie i czeka na wypis („chce się pani wypisać, proszę bardzo!”). Spakowałam się i siedzę z tymi moimi betami przy dyżurującej położnej (jedynej na oddziale!). Czekam na jakiegoś lekarza.

* * *

Udało mi się dorwać jakiegoś lekarza. Zapytał, czy chce się wypisać. Nie chcę do cholery! Jutro mam rodzić! Powiedział, że szuka dla mnie miejsca w innym szpitalu, ale radzi, bym szukała na własną rękę. Dostałam nadprogramową pigułkę na ciśnienie. Położna powiedziała mi, żebym lepiej nie zaczęła teraz rodzić, więc siedzę i staram się nie rodzić, haha.

* * *

Udało mi się dodzwonić do D. Przyjedzie do szpitala z moimi rzeczami (wczoraj w drzwiach przekazałam mu kurtkę i wyjściowe buty!).

* * *

Właśnie przybiegł lekarz i pyta, czy zgadzam się na przetransportowanie mnie do szpitala w P. To 20 km stąd! Nie miałam wyjścia – zgodziłam się! Teraz czekam na karetkę.

* * *

Dzwoni D. Powiedział, że nie ma szansy, by dostać się do szpitala. Budynek obstawiony jest przez policję. D. mówi, że nikt nie wchodzi do środka, ale mnóstwo osób wychodzi. Mija kolejna godzina czekania. D. siedzi na przystanku i czeka. Ja siedzę tutaj i czekam. Obserwuję, jak gasną światła w kolejnych salach w skrzydle szpitala naprzeciwko. W kieszeni mam buteleczkę płynu dezynfekującego, który wcisnęła mi na pożegnanie B.

13 marca

Z oddziału wyjechałam ostatnia. Położna uściskała mnie na pożegnanie. Powiedziała, że będzie trzymać za mnie kciuki. Nigdy jej tego nie zapomnę! Za sobą zostawiłam pusty oddział. Do karetki zaprowadziło mnie dwóch ratowników, którzy powiedzieli mi, że wprowadzono stan zagrożenia epidemicznego.

* * *

Ze szpitala wyszłam w japonkach i piżamie (a jednak). Kurtkę i buty miał D., który krążył wokół szpitala. Nie było szansy, żebyśmy mogli się spotkać. Szpital z godziny na godzinę stawał się twierdzą nie do zdobycia. Teraz już wiem (przeczytałam w necie!), że przekształcili go w szpital zakaźny. Nie wiem tylko kiedy przyjęli pierwszych pacjentów z KW.  Być może jeszcze wczoraj, kiedy wieźli mnie karetką na sygnale do szpitala w P., gdzie zastaliśmy zamknięty SOR ze względu na …koronawirusa. Na porodówce podobno go jeszcze nie ma.

* * *

No a dziś? Obudziłam się bardzo wcześnie i za cholerę nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie jestem…Cały dzień przeleżałam w łóżku, gapiąc się na drzewa za oknem. Jestem sama w dwuosobowej przytulnej sali. Standard szpitala jest o wiele wyższy niż poprzedni, ale jedzenie jest tak samo, hm, ubogie? Pal licho jedzenie! Najważniejsze, że jestem z dala od centrum koronowirusowych wydarzeń. Dziś daję sobie czas na to, żeby ochłonąć, uspokoić się, schować się przed światem. Zadzwoniłam do D. Napisałam do bliskich mi kobiet. Wzięłam prysznic, pogadałam z Maluchem i zasnęłam. Obudziło mnie pukanie do drzwi. Do pokoju weszła położna z młodziutką dziewczyną. E. jest w 41 tygodniu i właśnie weszłyśmy razem w pierwszą fazę jej porodu. Czuję, że to będzie noc pełna wrażeń!

14 marca

Dziś dowiem się co zamierzają ze mną zrobić. Jak na razie byłam badana przez dwóch lekarzy i każdy z nich powiedział mi co innego. No nic, czekam. Jestem w tym całkiem dobra.

15 marca

Mam fatalne wyniki. Wysokie ciśnienie, białkomocz. Teraz poród jest już koniecznością! (Aaaa!) Jestem spakowana (i spanikowana). Czekam aż zwolni się któraś z sal porodowych. Mam przy sobie cały zestaw przedmiotów mocy, butelkę wody, na szybko zmajstrowaną playlistę i smsowe wsparcie bliskich mi osób. Nie może się nie udać. Rooar!

17 marca

Za mną najgorsze doświadczenie mojego życia z najpiękniejszym happy endem. Lew jest już na świecie! Nie mam siły opisywać przeczołgiwania się przez kolejne etapy porodu (kiedyś to zrobię!). Jestem obolała, przestraszona i nieziemsko zmęczona. Leżę na dwuosobowej sali z dwoma innymi kobietami i naszymi maluszkami. Od dwóch dni nie zmrużyłam oka. Na szczęście udało mi się wstać z łóżka.

* * *

Na oddziale jest KW! Nie mogę w to uwierzyć! W związku z tym wprowadzono obostrzenia – personel chodzi w maseczkach i rękawiczkach. My mamy zakaz wychodzenia na korytarz. Atmosfera jest koszmarna.

* * *

Dziś w desperacji poczłapałam do dyżurki z prośbą o pomoc w pielęgnacji Malucha. Nie wiem jak przebierać, nie wiem jak karmić. Położna powiedziała mi, że nie może mi pomóc, ponieważ mają nakaz ograniczenia kontaktu z pacjentkami. Nie wiem jak długo jeszcze wytrzymam. Jedyne co mnie trzyma na powierzchni to słodki, niewinny i nieświadomy niczego synek, który tak ufnie tuli się do mojej piersi. Gdyby tylko był z nami D.!

* * *

Ciśnienie skacze mi jak szalone. Prawie nie śpię. Wiszę na ramie łóżka, doglądając Małego. Noc myli mi się z dniem. Dziś usłyszałam, że jestem nieznośna, ponieważ zamiast leżeć w łóżku, wiszę przy (płaczącym) synku. A przecież „badanie ciśnienia trzeba zrobić!” Gdyby tylko ktoś wziął pod uwagę, że właśnie urodziłam, mam rozcięty brzuch i że jestem przerażona nową sytuacją bycia mamą, i mam gdzieś te ich kolejne badanie ciśnienia!!

18 marca

To była koszmarna noc. Mały znów płakał podczas przebierania i nie chciał jeść. Znów powlokłam się wybłagać dyżurującą położną o butelkę dla Lwa. Nie udało mi się nakarmić syna. Nie byłam też w stanie dłużej nie spać. Na szczęście trafiła mi się empatyczna położna, która dała mi mleko dla Małego i coś na uspokojenie. Anioł, nie kobieta!

* * *

Wychodzimy! O boże, wychodzimy! Osoba, u której podejrzewano KW jest zdrowa i jeszcze dziś nas wypiszą! Dzwonię do D.! Niech załatwia nam jakiś transport i nas stąd zabiera do domu. Do domu!

19 marca

Wczoraj pokonałam kolejny rekord szybkości w przemierzaniu szpitalnego korytarza. Jak tylko dostałam wypis, a D. zadzwonił, że już jest i na nas czeka, pogalopowałam z Lwem do wyjścia. I tak – za drzwiami …nie było nikogo! Trzęsącymi się rękami wybrałam numer do D. Przez głowę przelatywały mi najgorsze myśli. Kiedy odebrał (uff) wykrzyczałam mu do słuchawki, żeby „K..a natychmiast nas stąd zabrał!!” i zaraz potem się rozpłakałam. D. przybiegł zaraz potem (okazało się, że D. i G. spacerowali wokół szpitala), z wielkim bukietem kwiatów, które kazałam mu „wsadzić sobie w d..ę”.* Byłam wściekła, przerażona i piekielnie zmęczona. Jedyne o czym marzyłam to to, żebyśmy z Lwem jak najszybciej znaleźli się w bezpiecznym miejscu.

22 marca

Najciszej jest gdzieś pomiędzy drugą, a trzecią w nocy. Po odłożeniu Lwa do łóżeczka, wyczołguję się na chwilę z gęstej od snu i słodkiego posapywania jaskini sypialni i zaglądam do kuchni. Napełniam szklankę wodą i zerkam przez okno. A tam – księżyc, taniec cieni i cisza. Niewiele głośniej będzie tego dnia po południu. Tylko nasze bijące serca i posapywanie naszego kochanego synka.

Podziel się tym tekstem z innymi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.