S.O.S. jadę na SOR!

„Panie doktorze! Pan się nade mną zlituje!!! Dwadzieścia jeden godzin tu siedzę!” Widok starszej kobiety z włosami w nieładzie i zmęczoną, szarą twarzą, rzucającej się na uciekającego w popłochu lekarza, to tylko jedna z wielu scen, które zapamiętam z ostatniego pobytu w szpitalu. A ten był szczególny, ponieważ w jego trakcie, w przeciągu ośmiu godzin, odwiedziłam dwie Izby Przyjęć, odsyłano mnie na dwa różne oddziały, byłam badana przez 3 różnych lekarzy, trzech różnych specjalizacji, dwa razy wpisano mi błędnie liczbę tygodni ciąży. Raz zapytano, czy aby na pewno nie rodzę. Trzy razy dziwiono się, że miałam plastykę nerki, ponieważ nic-nie-jest-zapisane-w-karcie. Kilka razy oddałam mocz w toalecie bez drzwi (wstydziłam się tylko raz). Być może szczególne było również to, że do szpitala pojechałam autobusem. Zgięta w pół.

SZPITAL JAKO TEATR

To był moje pierwsze doświadczenie z tym szpitalem w roli pacjentki. Mam nadzieję, że ostatnie przed porodem. To szpital moloch, niekończący się labirynt przejść i budynków, infrastrukturalny patchworkowy przykład stanu polskiej służby zdrowia, gdzie obskurne korytarze prowadzą do, jak bóg/bogini da, odnowionych dzięki funduszom europejskim gabinetów. To miejsce, które nie ma najlepszej opinii, choćby ze względu na to, że uciekają z niego kolejni specjaliści, a rejestratorzy i rejestratorki, syczą ze złości i frustracji, próbując wprowadzić coś do niedziałającego systemu komputerowego, wartego miliony. W ostatnią sobotę właśnie to miejsce stało się dla mnie sceną, na której rozgrywała się sztuka, w której chcąc nie chcąc, wzięłam udział. Ni to komedia, ni dramat. Reżyser nieznany. Jako Mama Lwa plątałam się w okolicy pomiędzy proscenium, a sceną główną, próbując zagrać swoją rolę najlepiej jak potrafię.

INTRUZ ATAKUJE

Pojawił się kilka dni wcześniej. Dobrze już znany intruz zapuścił korzenie w prawej dolnej części podbrzusza, tuż nad kolcem biodrowym. Zagryzłam wargi, sięgnęłam po środki na nerki, wychyliłam pół szklanki żurawiny, rozciągałam, masowałam. Dyskomfort przeszedł w ból i wydał cierpkie owoce niepokoju. Delikatna kolka nerkowa, dla doświadczonych pacjentów i pacjentek urologicznych, to jeszcze nic. To tylko mały sygnał ostrzegawczy, że lada moment, ból może się nasilić. Dla pacjentek urologicznych w ciąży to wyjąca syrena o zbliżającym się niebezpieczeństwie. U mnie wyła całą noc, wespół zespół z kraczącymi wronami za oknem. Kiedy nad ranem przyśnił mi się zmarły kilkanaście lat temu tata, mówiący, że przyszedł po mnie i smacznie zasnął na podłodze przy moim łóżku, przestraszyłam się nie na żarty. Rano, chwyciłam za przygotowaną wcześniej torbę, segregator z badaniami i poczłapałam na autobus do szpitala (uprzedzając Wasze pytania – nie, nie pomyślałam, że mogę jechać taksą. Czy to jest normalne? …).

S.O.S. SOR!

Zaczęłam od Izby Przyjęć przy oddziale ginekologicznym. Tam – spokój, niewiele osób, czasami tylko słychać płacz maluszków z sal poporodowych lub przemknie jakiś przestraszony mężczyzna, który znika za drzwiami porodówki. Po bardzo dokładnym i delikatnym zbadaniu przez lekarza w stroju moro o dłoniach wielkich jak bochny chleba, odesłano mnie na SOR. „Z dzieckiem wszystko w porządku. To pani jest zepsuta. Musi panią zbadać chirurg na SORze. Z naszej strony to wszystko. Powodzenia!”. Na SOR, główną scenę tego dnia, odprowadziły mnie dwie sympatyczne położne, które uciekły w popłochu, po tym jak w błyskawicznym tempie przekazały mnie pielęgniarkom ze Szpitalnego Oddziału Ratunkowego. Ja rzuciłam za nimi tęskne spojrzenie, a pielęgniarki słowa przekleństwa, że znowu zrzucają na nich pracę, którą powinni wykonać. Jako balast dla oddziału ratunkowego, klapnęłam zrezygnowana na zydelku w poczekalni. Dookoła mnie siedziały szare, cierpiące osoby, tępo patrzące przed siebie. „Ja tu od wczoraj siedzę, psze pani. A ten doktor, co teraz zaczął zmianę…szkoda gadać…” – powiedziały do mnie złożone w kącie kurtki, szaliki i reklamówki. Dopiero po chwili zorientowałam się, że pod nimi siedziała drobna, starsza kobieta. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, ktoś chwycił mnie za łokieć. „Pani to ma dobrze. Panią to na pewno od razu przyjmą. A mi nawet nie chcą wypisu dać, a jestem tu od drugiej w nocy.”  Już chciałam coś powiedzieć, kiedy kobieta z naprzeciwka rozdzierająco krzyknęła na widok robiącego unik lekarza „Panie doktorze! Pan się nade mną zlituje!!!”. Szczęka, łokieć i energia opadła mi do poziomu milion poniżej zera. Na szczęście, lekarz wywołał mnie po nazwisku do gabinetu. Odprowadzana przygaszonymi spojrzeniami innych czekających, zniknęłam za drzwiami.

SYTUACJE

Dostrzeżenie tak zwanych „sytuacji” nie wymagało specjalnej wrażliwości oglądającego/cej. Wystarczyło mieć oczy i uszy otwarte. Sytuacje działy się na każdym kroku, w każdej poczekalni i gabinecie. były trochę jak sceny ze snu, trochę jak prowokacje losu. Zareagować, czy spokojnie śnić ten zbiorowy szaleńczy sen?

Scena nr I

Gabinet na SORze. Przyjmuje mnie roztrzepany, starszy sympatyczny lekarz, który raz po raz, wywala na zewnątrz język (tak!) próbując wprowadzić do komputera moje dane. Każda nieudana próba kończy się okrzykiem „Do jasnego kota, pani Kasiuniu, nie działa!” i wywaleniem języka. Nie mogę się napatrzyć. Lekarz nie pyta mnie właściwie o nic, skupiając się na walce z rozklekotaną elektroniką. Po krótkim wywiadzie, zostaję odesłana na badanie USG i badanie uro.

Sytuacja nr II

Przejmuje mnie jakiś sanitariusz, który łapie mnie pod ramię i sprowadza do podziemnego obskurnego korytarza. Wyjaśnia, gdzie mam iść i żebym się nie bała, bo widzi, że jakoś tak zbladłam. Przed wskoczeniem na schody, prowadzące do góry, rzuca jeszcze chichocząc, żebym się nie zgubiła, bo i takie przypadki też się tutaj zdarzają.

Sytuacja nr III

Idę. Po drodze mijam przestraszoną pielęgniarkę. Pytam czy daleko do budynku X. Ona przestraszona rzuca mi przez ramię, że to, „hoho, daleko!” i znika za najbliższym zakretem. Idę dalej. Mijam skrzynki z elektroniką, dmuchawy, migające świetlówki. Czuję się nieswojo. Po kilku minutach żwawego marszu, dopadam do windy, która ma mnie zawieść na kolejny oddział, do kolejnego specjalisty.

Sytuacja nr IV

Do gabinetu wywołuje mnie zaspany lekarz. Trzęsą mu się ręce. Ma smutne, zmęczone oczy. Pyta, czy na SORze przyjął mnie roztrzepany, głośny, siwy lekarz? „Dokładnie tak!” odpowiadam. „To ja już wszystko wiem. Nie ma pani podstawowych badań, praktycznie żadnego wywiadu. Nie mogę Panią przyjąć na oddział. Musi pani wrócić na SOR.”. Wracam.

Sytuacja nr V

Siedzę na pustym korytarzu przed gabinetem USG. Zza zakrętu wypadają pogwizdujący sanitariusze, wiozący metalową trumnę. Zapewne z człowiekiem w środku. Jadą w kierunku stołówki.

Sytuacja nr VI

Znów gabinet na SORze. Mija szósta godzina w szpitalu „I co ja mam z panią zrobić, pani Kasiuniu?”. „Może podstawowe badania, panie doktorze? Nie miałam jeszcze badanej krwi, moczu…”. „A cały czas panią boli?”. „Ano boli panie doktorze, boli”.

Sytuacja nr VII

Przyjechał D. Jaka ulga! Siedzimy razem w przyciemnionej sali z kilkoma innymi osobami. Jestem podpięta do kroplówki. Usadzono mnie w odległym kącie, ponieważ żaden inny fotel nie miał sprawnych części (zagłówka, podramiennika, stojaka na kroplówkę), a wszystkie trzy łóżka są zajęte. Ba! Zajęta jest również niezagospodarowana wnęka, w której nieruchomo leży mężczyzna z zakrwawionym bandażem na głowie.

Sytuacja nr VIII

Znajoma pielęgniarka, radzi nam, żebyśmy nie zostawali w tym syfie. Jeżeli możemy to jedźmy do domu.

Sytuacja nr IX

„Gdzie ta ciężarówka z tym swoim nowo-tworem?„. Reagować, czy śnić? Śmiać się, czy płakać? Wyniki są dobre. Można wracać. Jedziemy do domu. Nie oglądamy się za siebie. Kurtyna nie opada optymistycznie. Spektakl trwa.

 

Podziel się tym tekstem z innymi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.