Uśmiecham się! (póki mogę)

Jeszcze jakiś czas temu, a było to w czasach, gdy po mieście biegałam niczym kózka, wciąż z niewielkim brzuszkiem, a pauzy na głębszy wdech były o wiele krótsze, nie zauważałam ich aż tylu! Teraz, kiedy majestatycznie sunę po dzielni, ostrożnie stawiając nogę za nogą, sapiąc przy tym jak maszyna parowa w przymałej zimowej kurtce, która trzeszczy w szwach ze względu na rozmiar mojego brzucha, łapię ich coraz więcej. Cały czas mnie dziwią, choć ostatnio weszłam w fazę, kiedy niczym dostojna matrona z tajemniczym wyrazem twarzy, przyjmuje je łaskawie do serca, odwdzięczając się tym samym od czasu do czasu (to tylko jeżeli akurat wtedy nie dostaję kuksańca w żebra, nie zajmuję się łapaniem tchu, nie dopada mnie skurcz, a mroczki nie zasłaniają mi obrazu rzeczywistości). Mowa o rozbrajająco miłym i mało spotykanym zjawisku na polskich chodnikach* jak…

UŚMIECHANIE SIĘ DO SIEBIE

A uśmiechają się do mnie absolutnie wszyscy. Bez wyjątku! I nie chodzi mi o ciągłość i liczbę uśmiechających się osób, a bardziej o przekrój wiekowy i płeć. Uśmiechy ślą do mnie panie i panowie. Seniorzy i seniorki, osoby w wieku średnim wieku i dzieci. W katalogu złapanych uśmiechów mam te delikatnie zatroskane, nieśmiałe, są też takie pełne czułości i sympatii, bywają też takie od ucha do ucha. Z moich ulicznych obserwacji wynika, że częściej uśmiechają się kobiety. Najczęściej te, które dumnie prowadzą przed sobą wózek z malutkim bobasem (kilkakrotnie złapałam też spojrzenie typu „W coś ty się najlepszego wpakowała, kobieto” – to tak, żeby nie było 😉 ). Mężczyźni robią to bardziej półgębkiem, jakby tylko bokiem twarzy. Ale ja, jeżeli akurat nie jestem pochłonięta wcinaniem jakiś ekstra chrupek lub zestawem opisanym w pierwszym akapicie, widzę TO! Widzę to, drodzy panowie, i miło mi się robi! I wtedy od-śmiech-uję się nawet! (a co, niech Tata Lwa wie o tym!). Nie byłoby pewnie tak, gdybym dwadzieścia lat temu nie odrobiła jednej z najważniejszych lekcji o uśmiechaniu się. A było to tak.

PÓKI MASZ ZĘBY

Co roku z miasteczka, w którym się wychowałam, wyruszał cygański tabor, który wędrował do oddalonego o kilkanaście kilometrów miejsca pamięci zagłady Romów**. Pięknego, upalnego lata, uwiedziona wizją cygańskiego życia, razem z drogą mi przyjaciółką, postanowiłam dołączyć do Taboru. Niestety, spóźniłyśmy się na wymarsz i przez kilka godzin pozostawałyśmy daleko w tyle za wędrującymi. Kiedy dotarłyśmy do obozowiska okazało się, że jesteśmy jedynymi gadjo, co wywołało w nas olbrzymie onieśmielenie i wycofanie w strefę pobliskich krzaków (tak wiem, do dziś się tego wstydzę). Na nasze szczęście, bardzo szybko zostałyśmy zauważone i zaproszone do wspólnego ogniska, gdzie przyszło mi usłyszeć jedną z najważniejszych lekcji o tym, co tak naprawdę jest w życiu ważne.

–  Hej gadjo, masz zęby? Zagadnęła mnie jedna ze starszych kobiet, siedzących przy ognisku. Miałam. Zdziwiona i wciąż onieśmielona sytuacją otworzyłam paszczę, układając wargi w coś na kształt uśmiechu. – Tak mam! – odpowiedziałam. – To świetnie! Uśmiechaj się więc póki je masz, bo później może być za późno! Odpowiedziała mi śmiejąc się w głos, ukazując światu i mnie swoje ostatnie dwie jedynki.

Od tamtego czasu uśmiecham się, kiedy tylko mogę. Wiecie, ja już coraz starsza, a zęby już nie te, co dawniej…

– – –

*Niestety, sytuacje uśmiechania się wydarzają się przede wszystkim na chodnikach. Rzadziej wydarzają się w sklepach czy instytucjach publicznych, prawie w ogóle nie mają miejsca w komunikacji miejskiej.

**W 2019 Tabor odbył się po raz dwudziesty. Organizuje go Muzeum Okręgowe w Tarnowie i ma charakter otwarty i trochę bardziej komercyjny niż dwie dekady temu. Pomimo tego, myślę, że może być wspaniałym pretekstem, żeby poznać kulturę romską i być może być okazją, by odrobić lekcję o tym, co najważniejsze.

 

Podziel się tym tekstem z innymi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.